56. Księża robotnicy

Od samych początków swego istnienia Zakon Maronitów Libańskich za swoją misję społeczną uznawał odzyskanie i przywrócenie ojczyzny, która przez wiele wieków była ofiarą jednego z najbardziej zacofanych systemów feudalnych: tureckiego Imperium Ottomańskiego. Zakon musiał zmierzyć się z nadludzkim zadaniem prowadzenia powierzonych ich opiece społeczności w trzech istotnych dziedzinach: duchowej, kulturalnej i społecznej. Głównym przedsięwzięciem była budowa dużej liczby klasztorów i tworzenie w okolicy chrześcijańskich wspólnot, które zakonnicy prowadzili i chronili. Ich wytrwałość i odwaga, doprowadziła do utworzenia ośrodków wiary chrześcijańskiej, które promieniowały światłem w każdy zakątek kraju. Okręgi Jbeil i Batroun w szczególności ukazały swoje chrześcijańskie oblicze.

W wielu rejonach mnisi stali się rolnikami aby uzyskać prawo do części ziemi, na której pracowali. Wymyślili różne techniki przydatne w eksploatacji skalistych, górzystych stoków, z których ziemia uprawna była wypłukiwana przez deszcze. Ponadto uczyli słabo wykształconych wieśniaków uciskanych przez chciwych właścicieli gruntów.

Wpływ cywilizacyjny zakonu był odczuwalny w dziedzinie nauki jak również sztuki. Byli doskonałymi uczniami i promotorami wielu różnych zawodów. Kapłan często bywał kamieniarzem, kowalem, stolarzem, tkaczem, krawcem, szewcem, winiarzem, piekarzem itd. Ojciec Szarbel brał udział w większości z tych zajęć.

Przez całe czterdzieści siedem lat swej profesji zakonnej w Mayfouq, Kfifan i Annaya, Szarbel wykonywał nieprzerwanie prace fizyczne, które szły w parze z jego zajęciami ewangelizacyjnymi i kontemplacją. Podczas zmieniających się pór roku, można było go widzieć, kiedy podobnie jak chłopi ciął drzewa w lesie, przewoził ciężkie wiązki drewna lub ściętych pędów winorośli, a nawet ogromne kosze winogron do prasy, bez zatrzymywania sie nawet by ugasić pragnienie. Zawsze wybierał najbardziej służebne, pokorne zadania, nigdy nic nie podejmował ich jednak bez akceptacji współpracownika lub kolegi kierującego pracą. Pracując w ten sposób, wydawało mu się, że upodabnia sie do Stwórcy, kiedy kształtował świat. Szarbel doświadczał wyraźnej przyjemności, kiedy był posłuszny tej sile przewodniej. To dawało mu okazję do pracy i satysfakcję z jej wykonywania. I tak, po upływie kilku stuleci, ci wschodni mnisi stali się protoplastami „pracowników-kapłanów”, który przekazują ducha Chrystusa światu.

Published in: on 08/01/2012 at 15:04  Comments (1)  

The URI to TrackBack this entry is: https://szarbel.wordpress.com/2012/01/08/56-ksieza-robotnicy/trackback/

RSS feed for comments on this post.

One CommentDodaj komentarz

  1. do Pani Oli!
    rozmawiałem z Panią przez telefon po moim przyjeździe z Libanu!
    przesyłam fragment listu do przyjaciół.
    ten list nie jest oczywiście komentarzem, ale wiadomością dla Pani Oli
    pozdrawiam i błogosławię
    x Krzysztof

    W gościach u św. Szarbela.

    16 stycznia 2012
    Od dziś moja parafia ma drugiego patrona – św. Szarbela.
    Jak do tego doszło?
    Przed tygodniem wróciłem z Libanu. Byłem w miejscach, gdzie się urodził, modlił, pracował, umarł i gdzie teraz spoczywają jego doczesne szczątki.
    Sam św. Szarbel zorganizował mi ten wyjazd i w całości sfinansował.

    Wszystko zaczęło się od obrazka z tajemniczym zakonnikiem, który miał zamknięte oczy.

    Kiedy pierwszy raz go zobaczyłem, wiele lat temu, nie wiedziałem kto to jest. Z czasem ta zagadkowa postać stawała się mi coraz bliższa. Jego postać najbardziej przybliżyła mi notka biograficzna i litania z mojego modlitewnika. Tę litanię czasami odmawiałem.
    Pierwsze zaproszenie od św. Szarbela do Libanu otrzymałem w 2008 roku kiedy to pomagałem w Pielgrzymce Krzyża Wdzięczności. Poznałem wtedy Ilije (Eliasza), młodego Libańczyka mieszkającego na Ukrainie. Zachęcał mnie już wtedy bardzo, bym pojechał z nim do Libanu odwiedzić jego rodzinny kraj i nawiedzić grób świętego pustelnika. Miałem pierwszą wizę, ale nie miałem na tę wyprawę „serca”.

    Drugie zaproszenie. W grudniu, na początku adwentu, zacząłem codziennie czytać moją litanię do św. Szarbela. I tu w piątym dniu nowenny telefon od Iliji:
    – Może chce Ojciec pojechać ze mną do Libanu po świętach?
    Chwila zastanowienia, czy jest możliwe bym wyjechał w tym czasie z parafii.
    – Myślę, że tak! – odpowiedziałem z nutą nieufności, że może to bajka, zastanawiając się jak mogłoby się to stać.
    Ilija to dość „oryginalny” człowiek – człowiek swobodnego ducha, dla którego wiara to sposób życia, a nie etykietka. Cztery lata temu do jego taty strzela zamachowiec. Stan krytyczny. Mama Iliji modli się gorąco z wszystkimi dziećmi. Obiecuje Bogu, że jeśli Bóg go ocali to zrobi coś dobrego dla Kościoła. Przeżył. Pora podziękować. Ilija razem z bratem postanawiają ufundować figurę św. Marona, od którego imienia bierze nazwę obrządek maronicki.
    W Doniecku, na Ukrainie, powstaje czterometrowa gliniana rzeźba i gipsowa forma do odlewu figury ze sztucznego marmuru. Tę formę i cały potrzebny materiał przetransportował Ilija samolotem z Kijowa do Bejrutu (transport bezpłatnie – fundował go właściciel samolotu o imieniu Maron).

    10-go stycznia razem z całą rodziną Iliji (żona Ola i dwoje dzieci) wylecieliśmy z Kijowa do Bejrutu. Widoki za oknem , Morze Czarne, ośnieżone góry w Turcji, i w końcu przy lądowaniu słońce zanurzające się w Morzu Śródziemnym.
    Bejrut jest stolicą Libanu, kraju położonego na północ od Ziemi Świętej, słynącego z przepięknych cedrów, majestatycznych drzew, kraju nazywanego po II wojnie Szwajcarią Wschodu, kraju wielokulturowego, wielowyznaniowego. Liban jest nadmorskim, górzystym krajem. Najwyższy szczyt to Kurnat as-Sauda 3083 m n.p.m.
    Większość społeczeństwa – 60% – to muzułmanie. Chrześcijanie różnych obrządków stanowią 40% . Niestety procent chrześcijan maleje ze względu na wysoki stopień emigracji, spowodowanej 15 latami wojny i wysoką dzietnością społeczności muzułmańskiej.
    Jedziemy starym transportowym dżipem w stronę Charisy, maryjnego sanktuarium. Przed nami dwie dziesięcioletnie dziewczynki żebrzą o pieniądze od ludzi z samochodów stojących w korku. Są bardzo uparte. Dopóki nie otrzymają datku stukają w szyby, a kiedy samochody jadą, chwytają się uchwytów bagażnika na dachu samochodu, podkurczają nogi i tak wisząc jadą dalej z przystankami około 200 metrów.
    W Charisa ogromna statua Matki Bożej rozpościera ręce nad miastem położonym niżej. Tam modliliśmy się o błogosławieństwo na czas tej pielgrzymki. Zanim zajechaliśmy do domu odwiedziliśmy naszą Matkę Maryję.

    Dom rodzinny Iliji znajduje się na wysokości 1200 m nad poziomem morza. Serpentynami pięliśmy się wciąż w górę, wysokość rosła a temperatura spadała (1°C na każde 100metrów). Nad morzem w Bejrucie 20°C a w Hardinie, gdzie dojechaliśmy, 8°C.
    Dom w którym mieszka teraz tylko mama Iliji jest kamienny i skromny. Dokuczał chłód, nie dlatego że na dworze było chłodniej niż na Ukrainie w tym czasie, ale z powodu braku ogrzewania w domu. Praktycznie cały dom (pięć sporych pokoi) był ogrzewany małym, przenośnym, metalowym piecykiem na drewno, stojącym na środku jednego pokoju i jednym gazowym piecykiem w drugim. Ja dobrze to znosiłem, ale Ilija się przeziębił.
    W Hardine jest około 60 domów, z których 20 zamieszkałych w okresie zimowym i 36 kościołów i kaplic. Wieś jest w całości zamieszkała przez chrześcijan maronitów. W tej miejscowości urodził się św. Hardin, nauczyciel św. Szarbela. Jest tam stary klasztor, pięknie utrzymany, ale bez zakonników. W nim najczęściej odprawiałem Msze św. Miejscowy kapłan pochodzi z tej miejscowości. Bardzo ciekawa postać. Ma plan, by zbudować wielki kompleks pod wezwaniem Ducha Świętego dla młodzieży, rodzin, chorych i starszych. Widziałem urządzone przez niego pieczary w zboczu góry spełniające rolę naszych domów rekolekcyjnych. Obecnie o. Józef mieszka w kamiennym domku z foliowymi małymi okienkami – wielka prostota. Obok stary kościółek z pierwszego tysiąclecia chrześcijaństwa gdzie czułem się bardzo dobrze. Opodal pasły się proboszczowskie kozy i cielaki.
    W domku mieszkają jeszcze dwaj mężczyźni – jeden z nich, 45-latek, marzy o życiu zakonnym. Drugi to młody (około 23 lata) muzułmanin Machmed, Syryjczyk, przygotowujący się do chrztu. Ciekawa jest jego historia. Jego przyjacielowi przyśnił się Jezus i powiedział „Pójdź za mną! Pokażę ci drogę.” Poszedł i u o. Józefa przygotowywał się do chrztu. Machmed zaś zakochał się w chrześcijance i dla niej zaczął nosić krzyżyk na piersi. Kiedy odkrył to jego rodzony brat, zerwał krzyżyk, pobił go i zwymyślał. Wtedy Machmed zrozumiał, że islam nie jest religią miłości. Uciekł z domu, zostawił swój biznes i rozpoczął przygotowanie do chrztu. Tym razem nie dla dziewczyny, ale z przekonania – dla Chrystusa.
    Mam tu wielki problem z komunikacją – nie znam żadnego z języków, którym mógłbym się z nimi porozumieć, jestem całkowicie zdany na Iliję jako tłumacza.

    W tym dniu przypadała wigilia uroczystości Objawienia. Zaprosili mnie na spotkanie modlitewne. Ojciec Józef organizuje podobne spotkania średnio raz na 10 dni.
    Spotkanie zaczęło się około 21:00. Najpierw w kapliczce modlitwa wieczorna w języku aramejskim (tym językiem rozmawiał Jezus). Potem poczęstunek (co kto przyniósł): sałatki, cienki jak naleśniki chleb, pieczone na piecyku kasztany, pieczone ziemniaki. Długa sala coraz bardziej się wypełnia, większość przybyłych to mężczyźni młodzi i w średnim wieku. Jeden z przyjezdnych zaczyna grać na instrumencie przypominającym bardzo dużą okrągłą mandolinę i śpiewa ludowe pieśni. Ktoś wyciąga spod ławy bęben i zaczyna się tradycyjny taniec ludowy. O północy rozpoczyna się Eucharystia. Liturgia maronicka jest bardzo zbliżona do naszej łacińskiej. Cała Msza św. była śpiewana – w języku aramejskim, oczywiście. Trudno mi było modlić się razem z nimi. Ojciec prosił mnie, abym powiedział kilka słów na koniec.
    Na drugi dzień jeden z mężczyzn zaproponował, że zawiezie nas z Iliją do kolebki maronityzmu i do miejscowości rodzinnej św. Szarbela.
    Św. Maron żył na terenach obecnej Syrii na przełomie IV i V w. Jego uczniowie i naśladowcy pod wpływem licznych prześladowań musieli się chronić w położonych wysoko dolinach gór Libanu. W tych surowych warunkach kwitło życie monastyczne i pustelnicze.
    Zobaczyłem przepiękną dolinę, w której stromych ścianach, pieczarach, do dziś żyją pustelnicy.
    Odprawiłem Mszę św. obok groty, w której modlił się św. Szarbel jeszcze jako młody chłopiec przed wstąpieniem do zakonu.

    Św. Szarbel – Wielki cudotwórca

    Jeden z cudów
    Jeszcze przed tym jak pierwszy raz wszedłem do klasztoru św. Szarbela, spotkaliśmy wychodzącą z stamtąd rodzinę. Iliję zainteresowała ich rozmowa i poprosił, aby nam coś więcej o sobie opowiedzieli.
    Byli to rodzice z córką w wieku około 13-15 lat. Cud jakiego doświadczyli wydarzył się kiedy mieszkali w jednym z krajów afrykańskich. Córka była wtedy mała. Zachorowała nagle na jedną z afrykańskich chorób. Gorączka przekraczała 41 stopni. Lekarz powiedział, że jeśli nie przewiozą jej do jutra rana do szpitala specjalistycznego to dziecko umrze. Udało im się zdobyć bilety na samolot. Podczas przygotowań do drogi przyszła ciotka dziewczynki i przyniosła watkę z olejkiem św. Szarbela. Zwinięto małą kuleczkę waty i dano dziecku do przełknięcia. Modlitwa. Pięć minut spokoju, a po nich nagle małym ciałkiem zaczęły targać drgawki. Rodzice obawiali się najgorszego. Dziecko zaczęło wymiotować. Zwymiotowało też watkę. Watka była otoczona ropiejącą mazią. Do rana gorączka ustąpiła i nigdzie już nie polecieli. Dziewczynka wyzdrowiała. Widziałem ją zdrową, silną, uśmiechniętą.
    Bogu niech będą dzięki …

    O moim pobycie w pustelni, klasztorze i cudach św. Szarbela napiszę później.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: